Hmmm…Od czego tu zacząć:) Filcowania na sucho nauczyłam się ponad pięć lat temu podczas mojego pobytu w Anglii. Miałam stresującą pracę, faceta fotografa, który pokazał mi jak fajnie mieć w życiu swoją pasję, dużo wolnego czasu po tym, jak wszyscy przyjaciele zostali w Polsce i pieniądze, które mogłam i chciałam zainwestować w siebie i swój rozwój. Zaczęłam więc szukać i kombinować- najpierw maszyna do szycia, potem filcowanie na sucho, a na koniec nauka wykonywania podobizn znanych ludzi. Po pięciu latach, w trakcie których wróciłam, rozstałam się z partnerem, zdałam sobie sprawę, że nieodwracalnie potraciłam część znajomych i organizowałam się na nowo w kraju jednego byłam pewna- że moja pasja była, jest i będzie jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu i to na wykonywaniu personalizowanych lalek chcę zarabiać. Małymi krokami ruszyłam więc z moim osobistym projektem. Godziłam filcowanie z pracą na pełny etat, podnosiłam ceny, zyskiwałam klientów, miałam zapisy na kilka miesięcy do przodu i byłam gotowa kontynuować oficjalnie moją działalność. Zakładając, że będę filcować do końca życia- nawet będąc staruszką z reumatyzmem- bo nie wyobrażam sobie dnia bez tego, mimo czasem ogromnego już bólu w nadgarstkach i plecach, nie przewidziałam jednego, a mianowicie przejścia na weganizm. Najpierw odstawiłam mięso, potem odeszła w zapomnienie kawa z mlekiem, kanapka z żółtym serem, ukochana biała czekolada, niektóre kosmetyki, skórzane buty,aż wreszcie przyszedł czas na wełnę nowozelandzką. Dla wielu osób to mój błąd, przesada i rezygnacja z zarobku. A dla mnie? Poświęcenie warte czystego sumienia, dumy z wytrwałości w postanowieniu i na chwilę obecną ogromna wręcz radość z zabawy w nowym materiale, który daje mi dużo więcej możliwość i swobody w pracy- glinie.

Nie ukrywam,płakałam jak dziecko, miałam miesiąc żałoby,a moje często łechtane przez klientów ego podupadło na zdrowiu. Teraz jednak, po miesiącu czasu, kiedy to piszę,a  na moim biurku schną miski w marokańskie wzory, gliniane ptaki z drucianymi nogami stojące na drewnianych pieńkach, gliniane popiersie i anioł ze szklanymi oczami wiem,że będzie pięknie,a  ja nie przyczyniam się do promowania eksploatacji zwierząt i nie tworzę pięknej głowy jednorożca czy konia, do której zrobienia potrzebne jest cierpienie owcy. Bo i owszem..owcy się strzyże..słyszałam o tym sto razy w ciągu minionego miesiąca. Nie wiele jednak osób zdaje sobie sprawę jak- trzymane w ciasnych przegrodach, tłoczone, pryskane, by wszystko na nich szybciej rosło i strzyżone do krwi… Ale nie chciałam Was tu straszyć, obrzydzać i uświadamiać, także wybaczcie….poniosło mnie jak każdego weganina kiedy zaczyna rozprawkę na tego typu tematy, muszę się czasem pilnować, żeby się nie zagalopować;)

Piszę to wszystko z kilku powodów. Pierwszym jest poinformowanie dlaczego sztukapuka.com jest gliniana, a nie filcowa, żeby podziękować najszczerzej i z całego serca wszystkim klientom , którzy w moich lalkach widzieli opcję na uczczenie dwudziestej rocznicy ślubu, obrony magisterki córki, ślubu przyjaciół, narodzin dziecka…bliskim i rodzinie, która mnie wspierała, każdemu kto polubił mój fanpage, każdej jednej osobie, która zostawiła pod moimi pracami miły komentarz i każdej jednej osobie, która zaprosiła mnie na event związany z handmade.

A dla wszystkich, którzy mnie dotąd nie znali i po trochu z sentymentu dla minionych pięciu lat wypełnionych filcowaniem, bieganiem po hurtowniach, ślęczeniem nad pielęgnacją stronki i bloga, przeglądaniem katalogów z rękodziełem, instruktarzowych filmików na yt, obrysowywaniem szkiców, wożeniem lalek na targii i go galerii sztuki, obmyślaniem projektów ulotek i wizytówek itd itd itd chce pokazać kilka zdjęć moich ukochanym prac, zleceń i momentów: